alterek blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2006

    Morderca

    9 komentarzy

    Jak nazwiecie kogoś, kto jedzie a) bez prawa jazdy (nie że nie wziął – w ogóle nie ma), b) w nocy, c) wiejską ścieżką i d) 140 km/h? Szkoda że nie łyknął sobie paru browców, bo byłoby e). I f) ma pretensje do kumpla, który z nim jechał, że miał czelność iść na pogotowie po tym, jak przy tych 140 km/h przyjebali w drzewo. Poważnych obrażeń brak, ale jakby typ zginął na miejscu, to wcale nie byłoby mi szkoda. Głupota powinna eliminować się sama.

    Gorzej że kumpel z nim jechał. Mój kumpel. Też (to już na szczęście) zero poważnych obrażeń.

    Cymbał jebany.

    A na łyżwach było fajnie do ostatniej minuty, w której Opos, potrącony przez kogoś, wyjebał o lód. Obrażeń również brak, ale sucho nie było.

    Oposowo

    2 komentarzy

    Ostatnie dwa dni minęły pod znakiem oposa. I było miło. Jutrzejszy dzień minie pod znakiem łyżew z oposem i też będzie miło.

    A dzisiaj w końcu zajrzałem do chińskiego radia z budzikiem, które obiecałem komuś przerobić (zrobić prawdziwy budzik, a nie taką piździawkę, której prawie nie słychać). Oczom ukazała się plątanina kabli, z których niektóre były zaizolowane, uwaga…

    Słomkami z McDonalda.

    Elektronika z Tajwanu rządzi.

    Giertyś też rządzi. Ciekawe kiedy podda wszystkie uczennice próbie wody.

    Jak to kurwa dobrze że ja już jestem na studiach…

    Tak… Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
    Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
    Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno…
    Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną…

    Staff – Deszcz Jesienny

    „siema, wyjdziesz dziś na tanie wino?”

    O kurwa, kolejny dzień chlania… Nie, nie dam rady :)

    19:54:19 ::: xxx jest zajęty: Czemu teksty ze mną w fortunkach #linux.com.pl są takie kretyńskie:>

    Bo dodają je kretyni. Dlatego.

    Jakie to proste…

    *********ŻANETKA ******************LADNE ********* pragnie dodać Cię do listy znajomych

    Kolejny jebany pokemon… Co ich ostatnio tyle? Na GG, na Gronie, jak wyjebałem dane z katalogu w GG to też piszą… Paranoja.

    A możeby tak zostać trenerem pokemonów?

    Alterek królem blachar. Nie, to nie brzmi dumnie.

    Nudna notka, co? No, nudna.

    Branoc.

    dupadupa

    4 komentarzy

    sub = ziomal z uczelni

    sub

    ze tak powiem

    leze w lozku dziadka i lapie dola… ze dziadka juz nigdy nie bedzie przy nas… ze umarl i juz nie wroci :(
    ale powiem ci….

    ze kurwa masz racje…

    kurwa napisze ci wiadomosc :(

    na priva…

    hefhef = opos = madzia
    troll = alterek = ja
    kon = horse = konik

    >hefhef napisała:
    >kon ladne ci zyczenia zlozylam to sie znajdzie :)
    >
    >patrz nawet troll troche optymizmu zlapal! :))

    hefa kochanie

    jestem teraz… najebany jak meserszmit.. messerschmitt.. czy jak sie to pisze…

    wiec bede szczery…

    leze u dziadka w lozku.. dziadka juz nigdy nie bedzie…

    kurwa…

    eze chcialem sie polozyc u niego w lozku.. kurwa… tak bym chcial zeby on do mnie przyszedl w nocy.. eh.. zeby.. przyszedl.. po prostu…

    czuje sie jakbym sprzedawal uczucia :/ piszac tu kurwa na gronie publicznie :(

    nie wiem, wodki wyjebalem tyle ze wiecej juz nie wejdzie..

    hefa.. kurcze… ciesze sie ze cie mam.. obys byla zawsze…

    konik… jezeli kiedys bedzie miedzy mna a hefa zle.. to wiesz co.. wez konik.. stan po jej stronie co? bo ja sobie poradze.. ale badz przy niej.. na dobre i na zle… badz kurwa jej przyjaciolka, nawet jak ja zawiode… nie zostaw hefy dobrze? nie martw sie o mnie bo ja sobie rade dam… ale jezeli kiedykolwiek nie wiem, kurwa, krzykne na hefe.. to jebnij mnie w leb tak mocno zebym kurwa poczul… badz przy niej po prostu.. jak przyjaciolka…

    kurwa, tak bym chcial zebym dziadek tu byl… jakby byl przy mnie… caly czas wydaje mi sie, ze pojechal w jakas podroz.. ale wroci…

    kurwa.. nie wroci :( trzeba sie z tym pogodzic.. :(( dziadek by chcial zebym byl silny, zebym sie nim opiekowal.. tak jak przez ostatnie dni… zebym po prostu byl, przy nim, zeby czul sie bezpieczny… kurwa tyle bym za to dal.. zeby jeszcze tu byl..

    ale to nie ma sensu…

    hefi przytul sie.. :(

    a ja dopije wodke.. ktorej jest jeszze duizo do wypicia.. i co… dobranoc co?

    dobranoc..

    Kaprys

    7 komentarzy

    Laser. Zielony laser. 150 mW. Za 350 zeta. Topi plastik nawet z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Dozwolona praca tylko w okularach ochronnych. Bez problemu zapala wszystko co daje się zapalić i wypala dziury w organizmach żywych.

    Chyba sobie kupię. Nie wiem wprawdzie po co mi, ale chyba sobie kupię.

    Może do polowania? Ale nie lubię polować.

    A może do samoobrony? Tyle że momentalne zapalenie ubrania i wypalenie dziury w potencjalnym napastniku to nie jest to, co specjalnie chciałbym osiągnąć (chyba nie mógłbym trwale uszkodzić napastnika – bo co innego jebnąć komuś, zagoi się, a co innego poparzyć mu skórę i kości – chyba że ktoś miałby dużą przewagę liczebną i byłby bardzo zdeterminowany)…

    Z drugiej strony znając siebie będę specjalnie pakował się w niebezpieczne sytuacje, żeby się sprawdzić. Tak jak było po pierwszych treningach kickboxingu. Niby miałem gdzieśtam zakodowane w główce, żeby unikać niebezpiecznych sytuacji, bo po co pakować się w problemy, ale z drugiej strony miałem zajebistą ochotę sprawdzić się w otwartej walce, nie tak jak na treningach, tylko naprawdę, na ulicy.

    W każdym razie mam zajebistą ochotę i biję się z myślami. Bo z jednej strony to 350 zeta… Ale z drugiej… Kurwa, korci :)

    Tym bardziej że 350 zeta to gotowy laser, myślę że diodę laserową można kupić taniej (dużo taniej), a mając diodę zrobię sobie laser.

    Kurwa no, korci :)

    Bajka

    4 komentarzy

    On. Egoista, zwolennik zamordyzmu. Nie wierzy w ludzi, uczucia zostawia dla tych, którzy zasłużą. Wierzy, że jedynym naturalnym prawem jest prawo silniejszego, a sprawiedliwość jest wynalazkiem słabych. Stara się na nikogo nie liczyć. Pomaga innym jeżeli uzna to za stosowne, jeżeli inni przyjmują jego reguły gry, jeżeli nie – bez mrugnięcia okiem pozwoli utonąć. Ten świat i ludzie potrafią nieźle go wkurwić, czasami nawet za bardzo. Określony kiedyś mianem rasowego skurwiela. Żyje tak, jak jest mu wygodnie, średnio oglądając się na innych.

    Ona. Z natury dobra. Delikatna, ciepła, wrażliwa i otwarta na ludzi. Świadoma zła na świecie, stara się żyć tak, żeby nikogo nie krzywdzić. Za zło odpłaca dobrem. Stara się żyć tak, żeby nie mieć sobie niczego do zarzucenia. Prawdziwa kobieta. Kandydatka na wymarzoną matkę.

    Związek bez przyszłości?

    Kurwa, nawet nie wiecie, jak ona jest w stanie ukoić moje nerwy. Nawet pół godziny spędzonej z nią to naprawdę najlepsza terapia po chujowym dniu. Po prostu jest mi tak dobrze, że zapominam o tym, co mnie tego dnia wkurwiło. A kilka dni bez niej to generalnie wkurw i kiepski nastrój.

    Widocznie przeciwieństwa się przyciągają. Szkoda że jeżeli ten związek przetrwa (czyt. jeżeli ja po pewnym czasie nie kopnę jej w dupę ani ona mnie), to ona będzie musiała mnie pochować. Bo ludzie, którzy nie potrafią cieszyć się życiem, żyją krócej.

    Chyba że mnie nauczy albo dostanę od życia w dupę tak bardzo, że zacznę cieszyć się każdym dniem…

    Po piątej.
    Za oknem chujnia.
    „Napisz coś ciekawego…”
    Ale co ja mogę napisać ciekawego… Skoro we łbie pusto? Niektórzy mówią, że dobrze się czyta tego bloga. Miło to słyszeć… Ale to naprawdę nie zależy ode mnie. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. I wiem że może być tak, jak już raz było, z muzyką – po prostu się wypaliłem i w ciągu pół roku z naprawdę fajnej muzyki, puszczanej w różnych fajnych miejscach przez ludzi, którym się podobała, zacząłem robić taką chujnię, że dla swojego i innych dobra usunąłem się w cień i niezauważony rzuciłem to wpizdu.

    Nikt mi tego wprost nie powiedział, ale sam uszy też mam. I wiem kiedy coś jest fajne a kiedy nie jest. W pewnym momencie po prostu przestałem umieć robić fajną muzykę. Przestałem to czuć. Robiłem mechanicznie, zgodnie z zasadami, które znałem, ale to nie miało duszy. Słychać było, że to nie jest to co dawniej. Przez pewien czas wydawało mi się, że to odzwierciedlenie mojego życia uczuciowego, emocjonalnego, ale to nie to… Uczucia uczuciami, emocje emocjami, a głód artystycznej ekspresji, nazywając go tak zajebiście poetycko, od paru lat nie daje się zaspokoić…

    Ciekawe czy z tym blogiem będzie tak samo. Że w pewnym momencie po prostu będzie tak nudny i chujowy, że przestanie mi się podobać. Bo to czy czytacie… Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą, jedni się zatrzymują, inni niekoniecznie… Ale to takie moje oczyszczenie. Jeżeli mam ochotę coś napisać, nawet głupiego… To zwykle zbiera się to we mnie do takiego momentu, że otwieram stronę i piszę. Po prostu. Albo piszę gdziekolwiek się da – w szkole na zajęciach, w palmie, ostatnio w komórce – nośnik nie ma znaczenia.

    I po dodaniu notki czuję się oczyszczony. Czuję że coś ze mnie zeszło. Coś co chciałem napisać, powiedzieć, wykrzyczeć, zapisać gdzieś, żeby nie zniknęło.

    Jak po dobrym orgazmie.

    To naprawdę podobne uczucie. Nie wiem jak kobiety to czują, ale myślę że faceci zrozumieją.

    „Dziękuję… Dziękuję za wsparcie. Wiesz, łatwiej mi dzięki tobie chyba… Łatwiej…”

    Alterek do rany przyłóż…

    Takie maile też pomagają. W jakimśtam stopniu czuć się komuś potrzebnym. Chociaż i tak Opos jest na pierwszym planie jeżeli chodzi o dawanie siebie. Ale z Oposem to trochę inaczej… To, że jestem jej potrzebny znaczy, że coś jest nie tak jak być powinno, że z takiego albo innego powodu cierpi… A to że cierpi wcale nie poprawia mi nastroju…

    Jakoś nie mogę myśleć o niej tak egoistycznie i z takim dystansem…

    Ale opos jest dzielną dziewczynką. I daje radę. Dajemy, razem.

    Tok FM. Jakaś pani skarży się na to, że jej piesek zjada na spacerze kupki innych piesków, a pani prowadząca informuje panią się skarżącą, że to normalne, że pieski zjadają kupki, bo w ten sposób wykorzystują to, czego nie wykorzystały inne pieski. Urocze.

    Wy też tak macie?

    dsc_001C_001_320.jpg

    A ten pan rysuje oposa… Kto wie, co to za pan i gdzie to jest?

    Smo się wkurwiła że podpierdalam jej opisy na GG. Co ja poradzę na to, że jej opisy tak dobrze pasują do mnie? :)

    dlaczego co najmniej polowa moich mysli to „nawet o tym nie mysl!”?

    Mógłym się pod tym podpisać. I podpisałem. A smo nie wie, czy ustawiłem sobie taki opis jak smo, bo mi się podobał czy po to, żeby wkurwić smo. Więc informujemy, że gdybym chciał wkurwić smo, to ustawiłbym sobie opis „smo powiedziała że nie pieprzyła się tak od podstawówki” :P

    Pierwsza osoba mówi, że przynajmniej jedna osoba kłamie.
    Druga osoba mówi, że przynajmniej dwie osoby kłamią.
    Trzecia osoba mówi, że przynajmniej trzy osoby kłamią.
    Czwarta osoba mówi, że przynajmniej cztery osoby kłamią.
    Piąta osoba mówi, że przynajmniej pięć osób kłamie.
    Szósta osoba mówi, że przynajmniej sześć osób kłamie.

    Ile osób kłamie naprawdę a ile mówi prawdę?

    Z takim właśnie założeniem zacząłem grać w Street Racera. Z pytaniem znaczy, nie z założeniem. Dwoma graczami. Sam ze sobą. I wygrałem!

    Obok leży Opos. Bo generalnie to jesteśmy w kinie. Na Nocnym Maratonie Filmowym. Na enemefie się znaczy. Na Piratach z Karaibów. Biedronka mówiła, że to wyjątkowo chu… Beznadziejny film. Biedronka miała racje. Biedronki słuchać należy.

    Opos chyba wkur… Zdenerwowany, bo jak powiedziała, że jej się ten film podoba to spytałem, czy powinienem współczuć. Właściwie to napisałem, bo siedząc obok siebie porozumiewamy się smsami. To już chyba jakieś zboczenie…

    W palmie baterie wyładowane. W telefonie Grono mi nie działa. Blog też mi nie działa. Nic mi nie działa, bo nie skonfigurowałem, tylko mail wiecznie żywy… No to piszemy sobie notkę. Jako maila. Potem notkę sobie wyślemy na tego maila i wrzucimy na bloga. Albo nie wrzucimy. Bo będzie tak chujowa jak inne notki, które na bloga nie trafiły. Strzępki myśli…

    Opos się przytulił. To chyba znaczy, że nie jest wkur… Zdenerwowany. Albo to przez sen, bo już zdążyła na tym wspaniałym filmie zasnąć. Jak Marzyciel będzie tak samo wciągający, to chyba pójdę się przejść.

    Na jakieś dwie godziny pójdę się przejść.

    Ktoś z was jeszcze jest na tym enemefie?

    Ej, kurwa, ja już byłem na Marzycielu. Z Chlebkiem byliśmy. W połowie obiecaliśmy sobie kilka rzeczy. Kilka naiwnych rzeczy. O kilka rzeczy za dużo.

    Dobry film. Chociaż w gruncie rzeczy smutny. Bardzo smutny. Bardziej, niż wam się wydaje…

    Co sobie obiecaliśmy? Że tak jak bohater tego filmu nigdy nie stracimy naszej wrażliwości, otwartości na świat. O kurwa, jakie to było naiwne…

    Życie depcze wyobraźnię. Uczy dystansu do świata. Niszczy marzenia, uczy schematów.

    Bo życie według schematów jest łatwiejsze. I wygodniejsze. A ja lubię, jak jest mi wygodnie. Czasem kosztem czegoś, co kiedyś wydawało się ważniejsze niż wydaje się teraz.

    Bo kiedyś były marzenia a teraz jest rzeczywistość.

    Co wcale nie znaczy, że jestem nieszczęśliwym pesymistą. Jestem szczęśliwy. Na tyle na ile mogę być. Bo prochy też robią swoje. Czasem zastanawiam się, czy nie wypłukały ze mnie resztki uczuć, które kryły się gdzieś w zakamarkach mojego charakteru. W sumie jakby nie było, jest dobrze.

    Mimo że to siedzi gdzieś głęboko w człowieku. Mimo tej twardości, tego pancerza, który tworzymy, żeby przetrwać. Żeby było lepiej, niż byłoby bez pancerza. Siedzi i wyłazi w najmniej odpowiednim momencie. I łazi za mną. I nie daje spokoju.

    Tak, kurwa, bardzo często mam wyrzuty sumienia. Chcieliście to usłyszeć? No, to słyszycie. Czytacie.

    Czasem zastanawiam się, ile jeszcze zostało we mnie z tego starego Alterka. Który z każdym się dogadywał, w każdym widział dobro, którego większość lubiła a on, mimo tego, że nie było mu lekko, był uśmiechnięty i cieszył się życiem.

    Czasem dochodzę do wniosku, że za dużo.

    Generalnie.

    Nie chcę żeby Magda za szybko zetknęła się z tym brutalnym światem. Z drugiej strony wiem, że im szybciej go zobaczy, tym lepiej dla niej… Nie mogę ochronić jej przed wszystkim co złe.

    Moja prawie dorosła, malutka dziewczynka…

    A może po prostu z niewyspania włączyło mi się narzekanie.

    No to wyłączamy narzekanie, odkładamy telefon i oglądamy.

    A wyrzuty sumienia zostawiamy na później. Gdy już film się skończy, wszyscy rozejdą się w swoją stronę, a ja pójdę do nocnego, kupię dwa browce, wrócę do domu, jebnę się w ciepłą pościel i zacznę udawać, że wszystko jest w porządku. Że wcale nie gryzie mnie sumienie. Za te wszystkie rzeczy, które poszły nie tak jak powinny pójść. Bo świadomie od początku do końca skierowałem je na taki tor, na jaki skierowałem. Za te wszystkie osoby, które płakały z mojego powodu. Za wszystkich tych, którzy przeze mnie stracili wiarę w dobro.

    Sumienie jest jak dzwoneczek. Możecie złapać je za serce i ścisnąć, ale i tak będzie cichutko trzepotało. Czasem gdy jest bardzo cicho, można usłyszeć to właśnie zapomniane sumienie, jak szepcze do ucha rzeczy, których nigdy nie chciałoby się usłyszeć…

    A potem, gdy nadarzy się okazja, i tak zrobię dokładnie to samo. Dla siebie, dla swojego komfortu, dla chwilowego bezpieczeństwa. Dla świadomości, że ten ktoś nie jest w stanie mnie zranić. Że choćby dostał ostrej biegunki tuż pod moimi drzwiami, najwyżej trochę zaśmierdzi, a ja ominę płynny prezent i pójdę dalej…

    To oglądamy. Opos się przytulił, położył głowę na moim ramieniu… Jest dobrze…

    Notka dotyczy prywatności.

    Bo parę notek niżej (a może w przedostatniej notce, nie pamiętam) ktośtam cośtam napisał, potem ktośtam napisał, że jest tup, potem ktośtam inny napisał, że to on jest tup a tamten drugi nie jest tup… I tak dalej.

    Adresy IP są ukryte na stronie z komentarzami nieprzypadkowo. Możecie nie chcieć ujawniać ich całemu światu. Zresztą w dobie Neostrady i tak IP można zmienić w ciągu parunastu sekund, same też się często zmieniają więc generalnie są psu na budę…

    Zastanawiałem się nad jakimś sposobem sprawdzenia autentyczności danej komentującej osoby bez ingerowania w jej prywatność. I wygląda na to, że jest tylko jedno sensowne rozwiązanie.

    Od dzisiaj każda osoba (właściwie przeglądarka), która dodaje komentarz, dostaje swój identyfikator. Identyfikator to kilkanaście bardziej lub mniej losowych cyferek. Jeżeli ktoś już dostał identyfikator, to w mojej małej bazie danych jego komentarz będzie widniał razem z tym identyfikatorem. Jeżeli nie dostał, to w momencie napisania komentarza dostaje.

    Całość dzieje się całkowicie przezroczyście dla użytkownika – jest załatwiane między serwerem a przeglądarką.

    Tak, to bazuje na ciasteczkach. Tak, ciasteczko można skasować (a w niektórych przeglądarkach nawet go nie przyjmować) i wtedy dostanie się nowy identyfikator. To dobrze, gdyby było inaczej to by znaczyło, że autorzy stron mają władzę nad przeglądarkami czytelników, a powinno być odwrotnie. System ciasteczek można ominąć na wiele sposobów, ale tu jakby nie o to chodzi – jeżeli osoba A podszywa się pod osobę B i skasuje ciasteczko, to dostanie nowe ciasteczko, a osoba B nadal będzie miała swoje stare ciasteczko i w momencie skomentowania bloga przez osobę B będę wiedział, że to jest ta prawdziwa tup, czy tam ktokolwiek inny, a nie podszywacz.

    Możliwość kradzieży ciasteczka i wysłania jako własnego nadal istnieje, ale gdyby to było takie proste, to wszystkie serwisy zapamiętujące użytkownika (autologin) padłyby na ryj… Więc to pomijam.

    Bo wkurwiają mnie już komentarze od chuj wie kogo, i potem dochodź, co ktoś miał na myśli podpisując się tak a nie inaczej. Oczywiście jeżeli ktoś nadal będzie chciał pozostać anonimowy, to pozostanie – może skasować ciasteczko. Szanuję ten wybór. Tylko że wtedy niech się nie spodziewa, że w jakikolwiek sposób będę się domyślał, co miał na myśli i co nim kierowało…

    Bo anonimowe komentarze mają z założenia zerową wartość merytoryczną.

    Moment

    18 komentarzy

    Wilki mierzą siebie nawzajem wzrokiem. Gra emocji, przewidywania, co zrobi druga strona. Napięcie sięga zenitu. Żaden nie chce atakować, ale obaj wiedzą, że jeżeli drugi zechce to zrobić, to on musi wyczuć ten moment i zaatakować pierwszy. Bo pierwszy atak jest śmiertelny. Nawet kosztem zagryzienia drugiego wilka bez potrzeby, gdyby przypadkiem partner w tej pełnej domysłów i przewidywania grze źle odebrał te skomplikowane sygnały.

    W efekcie wygrywa ten wilk, który jest bardziej pewny siebie, swoich racji, zdeterminowany i mniej boi się ryzyka. Zaryzykowania utraty bliskiej duszy, którą przez pomyłkę uznał za wroga.

    Analogia w świecie zwierząt? Analogia świata ludzi… Sztuczki obronnej raz zastosowanej na mnie, a wiele razy przeze mnie. Będącej źródłem pewnej części wrogów.

    Ciekawe czy można dojść do takiej perfekcji, żeby nie przegapić takiego momentu i nie dać zrobić z siebie wyjebanej pizdy, a jednocześnie nie ranić innych i rzucać wpizdu bez jakichkolwiek słów wyjaśnienia tylko ewidentne suki.

    Dlaczego bez słów? Bo nie warto. Bo nie zasługują.

    Pewnie można. Nie wiem, w najbliższym czasie nie planuję, mam Magdę. Oby z nią nie było tak samo. W sumie raz, na samym początku znajomości jakoś tak w maju, była podobna sytuacja. Tyle że wtedy nie mówiłem nic, po prostu nie odpisałem na SMSa, olałem sprawę i poszedłem z kumplami na browar. Ale dosyć szybko sobie to wyjaśniliśmy. Źle ją zrozumiałem. Pisałem już o tym.

    Bo jest coś takiego jak krąg agresji. Można w nim tkwić, przeżywając ataki drugiej strony, albo wyjść z niego, zająć się czymś innym i wziąć na luz. Jak nam za bardzo nie zależy, to to się nawet sprawdza.

    Taka luźna refleksja pod wpływem czegoś, co mi o tym przypomniało. Dialog w stylu:

    - no to zegnaj.
    - zegnaj?!
    - tak, tak bedzie dla ciebie lepiej. czesc.
    - tak nie bedzie lepiej… chyba na serio potrafie wszystko spierdolic… :(

    Będzie lepiej. Kilka łez nie zabije, a doświadczenie zostanie.

    A teraz możecie mnie zwyzywać i pojechać po mnie jak w siodle za to, że jestem egoistą i przedmiotowo traktuję ludzi.

    Bo jestem i traktuję.

    Chyba że widzę, że ktoś zasługuje na coś więcej. Obym się nie pomylił, mała. Mam nadzieję, że ufasz mi tak jak ja tobie…

    Bo opos ma w sobie coś takiego, że jej się ufa. Dawno nikomu nie ufałem.

    Miłego dnia… Nocy.

    Chyba każdy z was kiedyś zastanawiał się nad sensem życia. Każdy, co? I do jakich konstruktywnych wniosków doszliście? Bo ja do żadnych…

    Spokojnie, jeszcze się stąd nie ruszam. Za mało osób wkurwiłem żeby planować podróż na tamten świat. Ale po co my właściwie żyjemy?

    Taka banalna do bólu refleksja… Bez odpowiedzi.

    Gdyby ktoś mnie o to spytał to odpowiedziałbym, że po to, żeby być szczęśliwymi i dawać to szczęście innym. Proste pytanie, prosta odpowiedź.

    No to jesteśmy szczęśliwi. Wstajemy co rano, najpierw chodzimy do szkoły i zawracamy sobie dupę pierdołami, które znikają szybciej niż nam się wydaje, potem do pracy… Po co? Pewnie większość powie, że dla lepszej przyszłości. Dobra, ale co potem? Co po tej lepszej przyszłości? I kiedy zaczyna się ta lepsza przyszłość? Z chwilą wyjścia ze szkoły średniej z maturą w jednym ręku i tanim winem w drugim, czy wtedy, kiedy wchodzimy w upragniony wiek emerytalny?

    Można z dnia na dzień żyć marzeniami i czekać na to wymarzone „potem”. Też kiedyś myślałem o tym „potem”. Pod koniec podstawówki, na początku szkoły średniej. Zastanawiałem się, jak to będzie „potem” w pracy, na studiach…

    I wiecie co? Oprócz tego, że świat mniej daje a więcej wymaga, to niewiele się zmieniło. Więcej swobody, ale większe konsekwencje tego, co się robi, świat coraz bardziej ma człowieka w dupie… I ta tendencja się utrzymuje. Może nie z roku na rok, ale z etapu na etap jest coraz gorzej.

    Bo w podstawówce można było kłaść na to lachę, i tak przepuścili. W szkole średniej generalnie też, wyciągneli, wypytali, zjebali jak burą sukę, że się nie chodzi i olewa, ale dopytali, poszło do przodu. A na studiach mają studenta w dupie – chcesz przejść na następny rok to sobie załatwiaj, biegaj za tymi chujami, jeden ci powie żebyś poszedł do drugiego, drugi że do pierwszego, a pierwszy że już termin minął. I gówno ich obchodzi co się dalej stanie.

    Pamiętam jak mnie wkurwiało, jak te głupie baby w podstawówce darły na mnie mordy. Jak chodziły ze mną od wychowawczyni do dyrektorki i wzywały mamę do szkoły. Bo nie byłem grzecznym dzieckiem. Ciągle albo ktoś obrywał pod byle pretekstem, albo coś w szkole było niszczone, albo… Za dużo żeby wymieniać. W sumie trudno się dziwić 12 letniemu dzieciakowi, który odreagowywał sytuację z domu.

    Mogli położyć na to lachę, wyjebać na zbity ryj z pierwszego lepszego powodu i zapomnieć o sprawie.

    Tym właśnie różni się dzieciństwo od dorosłości. Nakazy, zakazy, ale mimo wszystko człowiek jest pod kloszem, ktośtam w niego wierzy, komuśtam bardziej lub mniej zależy na tym, żeby nie zgubił się w życiu. Nie dostrzegamy tego, widzimy tylko zakazy i to, że dorośli się wożą. No bo się wożą. Ale to nie do końca jest takie jednostronne…

    A w dorosłym życiu… Rób co chcesz, konsekwencje są jasne. A jak nie są to też nikogo to nie obchodzi. Nikt nie będzie chodził za rączkę do pani dyrektor.

    Kiedyś chciałem być starszy. Dorosły. Móc kupować sobie browary w sklepie bez ściemniania, znikać na noc z domu bez tłumaczenia się, po co i do kogo. I w sumie generalnie jest fajnie, nie zamieniłbym się, szczególnie że psychika też się zmienia. Głównie psychika. Jak sobie przypomnę te wszystkie problemy, które wydawały się takie poważne, jak miałem te 13-14 lat… Bezsilność, takie bezsensowne uzależnienie od grupy… Bo tak to jest w tym wieku. Liczymy się z tym, co powiedzą o nas inni. Jakieś docinki w klasie mimo wszystko nie były obojętne. Teraz wbijałbym w to z góry do dołu, ale wtedy fakt wyobcowania w klasie był… Niezbyt budujący.

    Pamiętam taką sytuację. Wystawianie ocen z zachowania. Publicznie, klasa wystawiała. Zawsze miałem najgorsze jakie mogło być. Bo zawsze ta banda konfidentów podpierdalała przy wszystkich wszystko co zrobiłem (albo nie zrobiłem, kogo to obchodziło, kto jest winny, skoro zawsze byłem winny ja?).

    I to bolało. Jak sobie teraz przypomnę, że takie gówno jak niesprawiedliwe ocenianie albo zrzucanie na mnie winy za coś, czego nie zrobiłem, było mi w stanie dojebać, to śmieję się sam z siebie…

    Plus jeszcze to wkurwienie na cały porządek świata. Tym bardziej jak ktoś mówił, że to normalne, że to bunt, że każdy to przeżywa, że to minie. No bo ja przecież w swoich oczach nie byłem taki jak modelowy nastolatek. I to nie był bunt, tylko wkurwiały mnie konkretne rzeczy. A dorośli nic nie rozumieli.

    To był bunt. Z tego się wyrasta. I mimo wszystko nabiera się pokory. Dorośli rozumieją, nawet jeżeli rozumieją to na własny sposób. Oni też byli kiedyś małolatami. Może już nie pamiętają dokładnie, ale wiedzą. Czasem warto… Może nie tyle zaufać, bo bezkrytycznie ufać generalnie nie warto nikomu, ale zastanowić się, że skoro wszyscy dorośli dookoła powtarzają to samo, to może to niekoniecznie jest spisek zgredów, tylko rzeczywiście coś w tym może być.

    Kurwa, pamiętam jak koleżanka powiedziała, że jak będzie miała kiedyś dziecko i to dziecko będzie chciało spróbować dragów (konkretnie chodziło wtedy o dropsy), to mu da sama, żeby dostało od niej zamiast na jakiejś imprezie. Bo ona pierwszego dropa wzięła właśnie na imprezie i tak popłynęła z tematem, że wylądowała na detoksie.

    W sumie możnaby odnowić kontakt za kilka lat, jak jej dzieciak trochę podrośnie (teraz jest trochę za mały) i spytać, jak się sprawy mają…

    Ale z drugiej strony dla niej to drażliwy temat. Wyszła z tego… I niech już więcej nie wchodzi. Po co do tego wracać…

    I to było wtedy. Wtedy było wtedy. Nie wróci. A teraz jest teraz. Też nie jest tak kolorowo, jak miało być.

    I to jest właśnie to wymarzone „potem”.

    A co po tym „potem”? Co jeszcze dalej? I tak wszyscy umrzemy. I po co nam to wszystko? Po co się starać, zapierdalać, zdobywać te wszystkie piątki i inne pierdoły, potem pisać magisterkę, niektórzy nawet robią doktoraty i inne dziwne rzeczy… Skoro i tak czasu nie przeskoczymy i za ileśtam lat pozostanie po nas tylko wspomnienie?

    Z każdym dniem coraz bardziej odległe i mgliste. Z każdym pokoleniem…

    Niektórych obchodzi co ludzie będą o nich myśleli po śmierci. Ja mam to w dupie. Nie chcę pogrzebu z pompą i całą masą obcych ludzi. Wtedy naprawdę nie będzie mnie to już obchodziło. Może tylko to, żeby oddać do przeszczepu te organy, które będą się nadawały. Niech się komuś przydadzą. A jak nie to spalić zwłoki i dalej róbcie co chcecie. Ze swoim trybem życia i tak mam jeszcze przed sobą max 40 lat.

    Chyba że wyleczę się z paru chorób. Na przykład z kurwicy drogowej. Choroby, która objawia się reakcjami typu „żebyś się chujozo nie zdziwił że przejedziesz pierwszy” itp. Skoro nawet na rowerze wyprzedzam samochody i wpierdalam się na pierwszego, zlewając przepisy, to strach myśleć co będzie jak zrobię prawo albo kupię motor (Opos, twoją opinię znam)…

    A potem, przy którymś nieudanym wyprzedzeniu, większym wkurwieniu albo doniczce, która spadnie mi prosto na głowę, łamiąc łokcie w kolanach, szczęście, które mam chyba od urodzenia, na moment mrugnie oczami i z „tu” znajdę się „tam”…

    Tam, po drugiej stronie. Która może jest, a może to tylko ściema wymyślona po to, żeby łatwiej było ludziom przełknąć pewne rzeczy. Na przykład to, że po ich bliskich nic już nie zostało oprócz wspomnień. Że tego, który był zawsze, już nie ma. Nie przeszedł nigdzie, po prostu przestał istnieć. I już się z nim nigdy nie spotkamy, ani teraz ani później. Żeby chociaż nadzieja nie umarła.

    Refleksje po pogrzebie? Może. Bo jest noc. W dzień raczej było wkurwienie na resztę rodziny i ten cały cyrk… Ale to osobny temat.

    Poza tym po co pisać o złych rzeczach? Emocje to zły doradca. Bardzo często się nimi kieruję, robię coś albo piszę pod wpływem wkurwienia. I będę się nimi kierował. Bo tak jest łatwiej, a ja jestem wygodny i lubię, jak jest łatwo. Ale teraz nie jestem wkurwiony.

    Chyba że was to ciekawi.

    No to w skrócie. Stypa. Przychodzi dalsza rodzina. Siedzą, wpierdalają obiad aż im się silikon w cyckach trzęsie, nikt, słownie nikt, nie zapytał, jak się czujemy po pogrzebie, czy w czymś nie pomóc, albo chociaż żeby mama odeszła na chwilę od tych garnków i usiadła z nimi. Bawią się świetnie. Jeszcze tylko postawić na stole wódkę, włączyć muzykę i impreza jak w mordę strzelił.

    Zeżarli, pożartowali niewybrednie na temat dziadka, przy okazji stwierdzając, że chętnie sprzedadzą mieszkanie po nim i podzielą się kasą (tak, w dniu pogrzebu) i poszli wpizdu po 1,5 godziny.

    To ma być rodzina? Może to była rodzina dziadka. Dla mnie ci ludzie są obcy. Zawsze byli, nigdy ich nie lubiłem, ale dziadek jakoś spajał nas razem…

    Generalnie zero taktu, poruszanie drażliwych tematów itd. I poinformowanie mnie, że jedna kuzyneczka, która ma 15 czy tam 16 lat, ma samych kolegów w moim wieku i starszych, że ciągle o mnie mówi i że bardzo chciałaby odnowić ze mną kontakt.

    Oczywiście na pewno po to żeby się zaprzyjaźnić, traktować mnie jak starszego brata (bo jej mamusia już zdążyła wyjechać z tekstem, że owa kuzyneczka mówi o mnie per „brat”) i podobne głodne teksty.

    Na swędzenie pizdy kupuje się wibrator, wiecie? Chyba że ktoś chce mi wmówić, że ta piętnasto-czy-tam-chuj-wie-iloletnia córeczka ogląda ze swoimi dorosłymi, dwudziesto-kilkuletnimi kolegami kolekcje znaczków pocztowych z motylkami.

    Tyle że ja patrzę na świat oczami dwudziesto-kilkuletniego kolegi, a nie naiwnej mamusi, dla której córeczka jest „dojrzała ponad swój wiek”.

    Albo następny, katecheta, teolog jebany. Cały czas ma do mnie żal o to, że nie mam ochoty odnawiać kontaktów z ojcem, bo ojciec był aktorem, reżyserem, piosenkarzem czy chuj go wie kim tam jeszcze, a ten palant skończył szkołę dziennikarską i liczył na to, że mój stary wkręci go do telewizji. Takiego chuja.

    Co go w ogóle kurwa obchodzą moje stosunki z ojcem? Jak się stęsknił to niech sobie włączy Kryminalnych, tam od czasu do czasu pojawia się ta morda. Ja z ojcem kontaktu nie mam od bardzo dawna i nie zamierzam mieć. To już nie jest mój ojciec, po prostu.

    No. To w skrócie. I bez większych emocji.

    A w słuchawkach MartikaMix… Scorpik, remix XTD… 27 listopada 1993.

    Tak, ten sam Scorpik. Z Aural Planet.

    Demoscenowy mod sprzed 13 lat.

    MartikaMix się skończył. Teraz wylosował się mój track. Cover Kraftwerk – Das Modell…

    „short cvr made in two hours.. 21.08.2002.. finished 3:18 am, hope you like it… waiting for a short msg from my cute one.. there are no bounds on how far the friendship can go.. so just keep it up! samples recorded with casio ca-110 on p90, powered by sb16 and ft2.09.. in case you feel in the mood of telling me something.. alterek@cyberspace.org”

    Generalnie te komenty, które pisałem w modach były… Naiwne. Za to 4 lata temu naprawdę wystarczał mi wspomniany Pentium 90 MHz, a 8 lat temu 286 z bursztynowym Herculesem (bursztynowym, bo jedynym kolorem jaki wyświetlał był bursztynowy w dwóch odcieniach). A w sumie jeszcze pół roku temu Pentium 150, 80 MB, 2 GB HDD…

    I na maszynie mającej 12 MHz, 640 kB RAMu i dysk 20 MB też dawało się robić i odtwarzać muzykę. Może nie były to mp3ki, tylko właśnie moduły, i może covox i prowizoryczny sampler bardziej szumiały niż zwykły sb16, którego dzisiaj można kupić za 5 zł, ale grało to całkiem ładnie. Chociaż fasttracker na 286 nie śmigał, dopiero na 386. Wtedy był… Scream Tracker? Impulse Tracker? Jakoś tak… Nie pamiętam już, zbyt dawno i w sumie krótko to było.

    A jak potrzebowało się czegoś nietypowego, to zamiast tracenia kasy na szukanie po BBSach (bo o sieci jako takiej można było wtedy zapomnieć) pisało się samemu. Często używając jako assemblera zwykłego DOSowego debuga.

    To miało swój urok.

    „people who think they’re perfect are very annoying to us.. who really are! greets to dr.awesome/crusaders, brainbug, edge/unexpected and axel.. may the allah be with you. alterek@arbornet.org dec. 2000”

    Długo mam tą ksywę. Alterek. Kiedyś chciałem zmienić na Gwiezdne Światełko, ale to brzmi wyjątkowo po chuju. Więc został Alterek.

    A teraz Alterek idzie odpalić Chosena (Blood 2: The Chosen) i oddać się zajebiście rozwijającej rozrywce rozpierdalania wszystkiego, co znajdzie na swojej drodze, z najbardziej wymyślnych rodzajów broni.

    Klimat, fabułę i teksty Chosen też ma niezłe. Chociaż w pierwszej wersji były lepsze.

    I silnik w pierwszej wersji bardziej mi się podobał. Kto grał kiedyś w taką grę, jak Duke Nukem 3D, ten wie, o którym silniku mówię.

    Wymieniliśmy kiedyś na ten temat kilka maili z jego autorem, Kenem Silvermanem. Warunkiem współpracy z twórcami gry było to, żeby praca nad buildem (bo tak nazywa się ten silnik) nie zajebała mu szkoły. Bo Ken miał wtedy 15 lat. Ja w tym wieku dopiero pisałem proste gry 3D z raytracingiem i prostym liniowym cieniowaniem tekstur, a on używał skomplikowanych drzew binarnych i w chuj innych sztuczek, które chciałem kiedyś poznać, ale tak się złożyło, że zamiast pisania gier zarabiam na robieniu drugiej rzeczy, jaką zawsze chciałem robić jako małolat. Też programowanie w sumie, ale zdecydowanie nie gier…

    No. To idę odpalić tego Chosena.

    Dobranoc.


    • RSS