alterek blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2007

    Dzień. Noc. Dzień. Noc. Dzień.

    Noc.

    Chaos.

    Mysza. Mysza poznajcie. Przypomina wam… No kogo?

    mysza1

    mysza2

    Mysza pod 13 posterunkiem. Obok właścicielki uszu.

    mysza3

    A to mysimordka. Już się ładnie zagoiiiiiło.

    blizna

    Mysza.

    - jak nazywacie swoje skoczki?
    - w dzień czy w nocy?

    Gdyby nienawiść mogła zabijać, byłbym zawodowym mordercą. A to nie jest fajne, wiecie? Trudno jest tak żyć. Ludzie są fajni, ludzie są pozytywni, ludzi kochać trzeba. Dla siebie samego. Ciekawe czy kiedyś mi się to uda.

    Ogólnie cziilaaaut, pozytywne emoooocje, zioom…

    Powiesz mi coś miłego? Tak, ty. Powiedz.

    Ty i ja

    12 komentarzy

    Ja przez sen cię wołam
    I szepczę twoje imie
    A ty oczy masz wiecznie
    Wiecznie takie zimne…

    Ty i ja… Ty i on? Ja i ona. Ihoooy, parabole tańczą dalej.

    <alterek> ile za to chcesz?
    <sztorm> dwie dychy
    <alterek> masz dychę, starczy ci
    <sztorm> kurwa. chujowo sie z tobą robi interesy.

    walka
    Walka na flashe, czyli Alterek ciskający gromy.

    malowanie1
    malowanie2
    A tak wygląda Gr0m, jak damy mu zapalniczkę…

    Ogólnie fajnie było ich znowu zobaczyć.

    Ej, ja wiem, że mało ostatnio piszę, praktycznie nic nie piszę. Ale co tu pisać? Po staremu wszystko jest. Kręci się. Lepiej lub gorzej, w rytmie panny kotki (Miss Kittin) i Camouflage, ale leci z dnia na dzień do przodu. Minuta za minutą, kolejne godziny, dni, tygodnie. Leniwie, monotonnie, czasem błotnie-rowerowo, zimno jak skurwykot, ogoliłem sobie mordę i myślałem że mi zamarznie, bez kitu, stojąc na przystanku pod sądem (bo musiałem złożyć wniosek, tym razem o spadek) myślałem że odpadnie mi kawałek mordy. Dobra strona jest taka, że zacząłem rozumieć Świętego Mikołaja z jego turbozajebistą brodą.

    Odpalonego ziemniaka też rozumiem. Chyba nawet za dobrze. Też sobie mnie wszyscy upatrzyli na genialne dziecko. Też nigdy nie byli zadowoleni i zawsze chcieli więcej. Próbując motywować. W sumie to zawsze razem z ziemniakiem wygrywaliśmy wszystkie olimpiady matematyczne. A potem coś się zjebało, odechciało mi się, zacząłem zlewać to wszystko, bojąc się porażki, kompletnie przestałem wierzyć w siebie i… Też cudem mnie nie wyjebali z technikum. Też z rozpędu zdałem maturę, zresztą do dziś zastanawiam się w jaki sposób. I też mnie wyjebali z uczelni.

    Przynajmniej choiiiiinkę sobie zrobiłem, chcecie zobaczyć, chcecie chcecie chcecie? Wiem że nie chcecie. Ale i tak wam pokażę.

    Morda morda mordeczka. Alterek szczerzy kły znad klawiatury. A chińczyki robiły nam tłumaczenie i przetłumaczyły „root menu” na „zakorzeniony jadłospis” :|

    Gdy życie ci zbrzydnie i stanie sie piekłem
    Wsadź głowę do kibla i nakryj się deklem

    - jakbyś się czuł, gdybyś dowiedział się teraz, że rok przez twoim przyjściem na świat twoim rodzicom umarło nowonarodzone dziecko?
    - trochę niewyspany.

    Kurwa. Czego tu brakuje?

    Przyciemnione, kolorowe światło, cytrynowa, pachnąca mgła z generatora mgły, buchająca co jakiś czas w twarz i zwilżająca ją (ktoś zdaje się mówił, że jestem gadżeciarzem?), na ścianie światło z krzywych Lissajous, modulowanych muzyką na przerobionym monitorze od Atari, kupionego kiedyś za 5 zeta, w słuchawkach Rammstein… Lubimy taki klimat. Jeszcze tylko pełni brakuje, ale za dwa dni nów, więc tak nie bardzo.

    Syntezator. Tracker. Ye olde Fasttracker II na emulatorze. Próby. Kolejne. Linia melodyczna. Nie wychodzi. Nie mam natchnienia, nie mam weny, nie mam duszy.

    Tik, tiki tak, szepnął pan zegarek. Cyknąłby, gdyby miał czym. Ale nie ma. Póki co sekundy migają. Się zmieniają. Upływają. Trzydzieści dwa tysiące siedemset sześćdziesiąt osiem odkształceń malutkiego kwarcu w ciągu sekundy z maksymalnym odchyleniem dwóch tysięcznych procenta (bo tak właśnie działa zegarek kwarcowy). Każde odkształcenie na wagę złota. Każde jedno symbolizuje upływające życie. Czas który nigdy już nie wróci. I tylko patrząc wstecz będziemy mogli tyknąć… Stuknąć się w ten durny łeb, żałując każdej przejebanej sekundy.

    Tak, mam nieustające poczucie marnowania czasu. I nieustające wyrzuty sumienia związane z tym, że widzę, ile fajnych rzeczy tylko czeka, żeby być zrobionymi. Wołają, weź mnie, zrób mnie! Ale to wołanie gaśnie w gąszczu ciszy, rzeźbionej miarowym biciem serca, którego każde uderzenie to kolejna mijająca sekunda.

    Czas nie chuj, nigdy nie staje. A ja się jednak boję śmierci. Kiedyś myślałem że nie, ale jednak tak. Nie żebym o niej myślał, bo jeszcze nie mój czas, ale po prostu, wiem że kiedyś przyjdzie. Byle nagle, bez pożegnania, żeby nie było czasu na ból, na ciche umieranie, oglądanie smutku i litości dookoła…

    A w sumie to jeszcze przynajmniej 40-50 lat przede mną. Wydaje się dużo? Wydaje się…

    Grudzień. Zapowiada się w pracy. Przypomina mi się grudzień 2005, jak w dzień pracowaliśmy a wieczorami i nocami pompowaliśmy z chłopakami hektolitry browarów. Teraz jakoś to wszystko się wykruszyło, inaczej to wszystko jest, część pracuje gdzie indziej, części się urodziły dzieci, część awansowała i nie ma czasu, ciągle tylko praca, dom, praca, dom, obowiązki… A może po prostu z perspektywy czasu tak to fajnie wyglądało?

    Zresztą ja też mam coraz mniej czasu dla znajomych. I martwi mnie to. Bo to kwestia organizacji czasu i ruszenia dupy z domu, a nie egocentryzmu. Może nie teraz, bo teraz i tak chory siedzę, ale ogólnie. Fajnie jest po prostu spontanicznie iść wieczorem do knajpy, gdzie ktoś jest i ucieszy się, że widzi moją mordę. Albo spontanem wbić się do kogoś na noc. Albo wziąć aparat, znajomego i robić różne głupie rzeczy w nocy, których potem woli się nie pamiętać. Mieć gdzie iść, a nie tylko włóczyć się samotnie pod osłoną pozornej anonimowości po mieście, tych samych co zawsze szarych ulicach, starówce, w mroku latarni nad Wisłą szukając… Właściwie to niczego konkretnego nie szukając. Cienia szukając. Delektując się spokojnym snem tego i tak wiecznie żywego miasta.

    Kiedyś takie coś usłyszałem, kiedy niezapowiedziany pojawiłem się w knajpie, „fajnie że przyszedłeś, fajnie jest cię widzieć”. Banał, rzucony bez zastanowienia, po prostu to co się pomyślało, to co się poczuło, nie? A jednak zrobiło mi się wtedy zajebiście fajnie. Może właśnie dlatego, że to taka luźna, szczera myśl.

    Mało jest takich niespokojnych duszyczek. Większość woli iść rano do pracy, wieczorem wpierdalając schabowe z musztardą na obiado-kolację obejrzeć wiadomości a potem położyć się, zamknąć oczy i zasnąć z poczuciem dobrze przeżytego dnia. I tak dzień za dniem. Też w to wpadam, ale źle się z tym czuję. Może czuję się bezpieczniej, ale nie czuję się wolny. Może inni lepiej odnajdują się w poukładanym, pewnym świecie, mi dobrze jest, jak realizację od myśli dzielą sekundy. Bo rzadko cokolwiek planuję, właściwie wszystko co robię to są spontany, bo akurat była okazja, bo tak wyszło. I to jest mój ból. Planowanie ze mną czegokolwiek to jeden wielki psychodramat i porażka na całej linii. Nie każdy to akceptuje.

    A ja nawet nie wiem co ja w sylwestra będę robił. Czy coś wyjdzie, czy będą znajomi i będzie fajnie, czy po prostu strzelę parę fot fajerwerków i przechrapię resztę nocy po całości, bo każdy pójdzie na swoją imprezę albo nie będzie mi sie chciało nikogo oglądać. I pewnie nie będę tego wiedział do 29-30 stycznia.

    Kumpel mówi o innym kumplu (naszym wspólnym), że ten inny kumpel ma już lepszych, fajniejszych znajomych od niego. Nie chciałbym żeby o mnie też ktoś tak kiedyś powiedział. Nawet jeżeli jakieśtam znajomości się wykruszają… To o ile nie mam do kogoś jakiegoś żalu o coś, żaden most przecież nie jest spalony, nie olewam starych znajomków, którzy szukają ze mną kontaktu. Tyle że inicjatywa musi wyjść z obu stron…

    Nadzieja umiera ostatnia, co? To chyba dobrze, bo moja jeszcze nie umarła. Decyzja podjęta, odpuszczamy regresję indywidualną, która i tak gówno mi daje, i idziemy na CBT. Idziemy? Idziemy.

    Bo CBT jest konkretniejsza. I wpływa na odruchy bezwarunkowe, a to jest przecież mój główny problem w tym zasranym życiu, reakcje psychiki, które wsiąknęły w ten pusty łeb przez długie lata pojebanego dzieciństwa i nie mam nad nimi żadnej kontroli. Nie mam problemów emocjonalnych, albo może inaczej – wszystkie moje problemy emocjonalne wynikają właśnie z tego poczucia beznadziejności i bezsilności, kiedy mózg wie lepiej, wywołuje najgorszą możliwą reakcję i nic nie mogę z tym zrobić. Z tego wynikają wszystkie inne fioły – zaniżone poczucie własnej wartości, stany lękowe, nakręcanie się, czasemi myśli samobójcze, kompletny brak wizji na przyszłość. Rodzina, dzieciaki, jakiś w miarę stabilny związek oparty na dobrowolności a nie głębokim uzależnieniu od siebie? To przecież brzmi w moich ustach jak jakiś ponury żart, jakbym sobie kurwa jaja robił.

    Inne problemy i wątpliwości emocjonalno-egzystencjonalne wynikają z jakichśtam przemyśleń, ale to chyba wspólna cecha pieprzonych wrażliwców, to w normie jest. Poetą zostanę jak będzie mnie to wkurwiało.

    Wizja tego wszystkiego i nadzieje z tym związane to właściwie jedyna rzecz, która jako tako trzyma mnie w kupie i sprawia, że nie jestem jeszcze totalnie w dupie.
    http://www.nacbt.org/whatiscbt.htm
    , sobie poczytajcie. Po angielsku, bo po polsku nie znalazłem praktycznie nic oprócz paru ogólników i marketingowego pierdolenia.

    Co oprócz tego? Kurwica mnie trafia z tym zapaleniem płuc, spać nie mogę, nadal charczę jak rozjebany traktor na marchewkowym polu kukurydzy, obejrzałem już chyba wszystko co było do obejrzenia na tvnie, discovery i youtube, zrobiłem parę chujowych fot żarnika w halogenie na 10% mocy i przy slow sync (naprawdę chujowych, nie podobają mi się), kupiłem sobie (przez allegro, bo jak inaczej, z domu nie wychodzę) palnik gazowy na LPG do rozpierdalania baniek mydlanych wypełnionych mieszanką wodoru z tlenem (zajebiste fioletowe eksplozje baniek mydlanych w powietrzu, fajnie to wygląda), ogólnie nosi mnie już i szukam sobie coraz głupszych rzeczy do robienia, żeby tylko nie ocipieć.

    Oczywiście wodoru w sklepie nie kupimy, są setki metod na niego domowymi sposobami, jak chcecie to sobie wygooglajcie, ale bez przygotowania teoretycznego nie polecam. Jak pierdolnie komuś w twarz, poparzy oczy, rozjebie słuch albo żywcem udusi, to nie chcę mieć potem koszmarów. Wiem, koloryzuję trochę, bo jak ktoś ma mózg na miejscu to się raczej nic nie powinno stać, ale różnie może być, czasem mózg można znaleźć pod pachą na przykład. Albo w pępku.

    Mówiłem już że lubiłem w szkole chemię? Moja mama przestała podzielać ten entuzjazm, jak w podstawówce wypaliłem jej dziury w szlafroku, a zaczęła przejawiać antyentuzjazm, jak przez przypadek (też w podstawówce) podpaliłem dywan, ale został mi jakiś taki fioł do robienia rzeczy niekoniecznie do końca rozsądnych i/lub przemyślanych.

    Will it glow or will it blow?


    • RSS