Nauczony doswiadczeniem z poprzedniej notki tym razem wzialem podwojna dawke. Dwa zajebiscie silne leki na sen (tzn. dwie dawki jednego), bo NAPRAWDE musze wstac rano i przezyc dzien. Jakos tak o 23:30 wzialem. Teraz jest ktora? Czwarta. Pietnascie. Zajeslodko.

Wkurwia mnie juz ta eska. Ciagle tylko jeczenie jakichs pedalow z kim ktora powinna byc, ze nie z gangsterem tylko z nim, ze aniola glos, ze musze zyc zyciem towarzyskim itd. Zawodzenia tych zajebanych bawolow juz sie nie da sluchac. Dzis wieczorem odkrylem nowe radio, niszowe, z japonska muzyka, a w nim akurat niejaka Acid Cherry prowadzila swoja audycje. Swoja droga „kwasna wisienka” brzmi dosyc niebezpiecznie po sobocie (s. wie o czym mowie), no ale mniejsza z tym. W kazdym razie zagadalem zeby zapytac skad wytrzasneli tego mula co prowadzil przed nia i dowiedziec sie kiedy bedzie Orli (takie stworzenie z gryzoniowego forum – wlasnie wtedy miala miec swoja audycje). Dowiedzialem sie ze Orli bedzie jak wroci, bo teraz nie moze, i tak jakos rozmowa przez duzo innych tematow zeszla na bezsennosc, powiedzialem jej ze wtedy czasem powstaja alterkowe notki. No to kurwa, wlasnie powstaje kolejna. Jak to acidka czyta, to moze czuc sie pozdrowiona. Ciagle tylko czyta w tym radiu te pozdrowienia to niech w koncu ma cos dla siebie :)

(minela niedziela. zaczal sie poniedzialek. rowniez minal.)

Bajke, bajke, bo alterek nie zasnie… Opowiedz dziecku bajke, taak…

Czerwony kapturek szedl sobie spokojnie przez betonowy las, sluchajac hip hopu ze swojego iPoda, kiedy obok z piskiem opon zatrzymala sie beemka…

Nie, to bedzie glupia bajka. Poza tym o czerwonym kapturku dymanym przez swojego ojca-pedofila juz kiedys komus opowiadalem na dobranoc. O kopciuszku, ktory nie mogl isc na bal, bo mial okres, ale dostal od dobrej wrozki tampony, tez. Niestety wybila polnoc i tampon zmienil sie w dynie…

Takie jedno pocieszne stworzenie z forum o bmw (kto wie ten wie, kto nie wie, niech wpisze w google magdalenabmw) pisalo bajki dla dzieci, wiecie? To ja tez napisze.

Za siedmioma ..takimi tam, byla sobie piekna, lesna kraina. W krainie tej od wielu, wielu lat zyly w zgodzie lesne zwierzatka. Zycie kwitlo tu przez caly rok, lato czy zima, slonce czy deszcz… Pewnego zimowego poranka lesna drozka dreptala sobie sarenka. Sarenka mimo ze ledwo wiazala koniec z koncem, byla dobrym zwierzatkiem. Zawsze chetnie pomagala innym mieszkancom lasu. wlasnie wracala od lisiczki, dla ktorej dzieci za symboliczny kosz jablek ugotowala pyszny rosol z kur wielu. Zmeczona, po calej nocy pracy, niosla jablka dla swoich malych sarniatek, spieszyla sie tak bardzo, ze nie zauwazyla idacego jeza. Gdy stanela mu na grzbiecie, wszystko potoczylo sie tak szybko! Igly wbily jej sie w kopytka, odskoczyla natychmiast, wydajac z siebie okropny jek… No i stalo sie. Przewrocila sie biedna na oblodzonej sciezce i wylozyla tak niefortunnie, ze zlamala sobie trzy raciczki…

Na nic zdal sie placz, szlochanie. Tylko mysl o umierajacych z glodu dzieciach, ktore od tygodnia nie mialy nic w ustach, dawala jej sile zeby przetrwac jeszcze troche. Patrzyla blagalnym wzrokiem na przechodzace obok zwierzatka lesne, ale one zdawaly sie tego nie zauwazac – przechodzily obojetnie, omijajac ja lub wrecz przeskakujac, niektore patrzyly z zaciekawieniem, inne odwracaly wzrok, udajac ze nic nie widza, jeszcze inne szeptaly cos do siebie, a kilka z nich przeszlo po niej jak po martwym bialym heteroseksualiscie (mialo byc po murzynie albo geju, ale to bylaby dyskryminacja, a tak nie jest, prawda?). Bol raciczek stawal sie nie do zniesienia, a na mysl o umierajacych z glodu i tesknoty sarniatkach, ktore przeciez zostana zupelnie same, z matczynych oczu poplynely srebrne lzy…

Wnet z lasu nadszedl zajaczek. Zajaczek brzmi dosyc groteskowo – wielki jak byczysko, postrach lesniczych, ale w gruncie rzeczy o zajeczym sercu, wracal wlasnie z silowni, w ktorej spedzal poranki. Rozmyslal o dzisiejszym wieczorze – moze znowu w barze spusci misiowi wpierdol? A moze znowu, gdy jako oskarzony stawi sie w lesnym sadzie, bedzie smial sie do rozpuku, kiedy sedzia w koncu sie przyzna? Gdy zobaczyl sarenke, serce podeszlo mu do gardla, a lzy stanely w oczach. Nie mogl patrzec na cierpienie biednego, bezbronnego zwierzatka. Nikt inny sie nie zlitowal, tylko ten jeden zajac podszedl, popatrzyl chwile i w pelni swej nieskonczonej dobroci z calej sily kopnal konajaca sarenke w okoliczne krzaki. Sarenka juz tego nie czula.

W ten sposob lesna droga byla znowu czysta a lesne zwierzatka – jak zawsze – szczesliwe.

Moral dzieci dospiewaja sobie same.

A teraz psychiatrzy grzecznie dziekuja alterkowi za zapewnienie nieprzerwanego strumienia gotowki od kolejnego pokolenia pacjentow.

Dobranoc.