Lubicie bajki? Nie umiem pisac bajek, tym bardziej na tym malym jebanym telefonie o 5 rano, ale chuj z tym, dzis bedzie bajka o ksiezniczce.

Gdzies, kiedys, to niewazne gdzie i kiedy, zyla sobie ksiezniczka. Zaczyna sie bajkowo, co? Ksiezniczka wlasnie zaczela 1 klase liceum, mieszkala z despotyczna i zimna emocjonalnie matka, ktora potrafila tylko krytykowac, i ojcem alkoholikiem, ktory pil i bil. Kiedys tylko matke, ale odkad ksiezniczka mu sie postawila, tlukl juz obie.

Nie, ojciec nie byl alkoholikiem. Alkoholicy chodza na spotkania. Ojciec byl pierdolonym pijakiem i nierobem. Zreszta uciekl w chlanie bo nie wytrzymal ze swoja pierdolnieta zona. Oprocz rodzicow nie bylo nikogo.

Nasza ksiezniczka byla ladna, miala wielu znajomych, paru chlopakow sie wokol niej krecilo, ale ona ciagle, nawet wsrod swojej ekipy, czula sie zupelnie sama. Czula ze odstaje, ze nie pasuje do nich. Smiala sie bedac z nimi, ale tak naprawde miala ochote uciec gdzies daleko, schowac sie w wygaslym wulkanie, gdzies gdzie nikt by jej nie widzial, nie ocenial. Bo nasza ksiezniczka zawsze, odkad tylko pamieta, czula sie oceniana. Czula presje wszystkich dookola. Ze nikt nie moglby jej pokochac taka jaka jest. Ze ciagle musi komus cos udowadniac. Musi byc piekna, musi byc fajna, musi sie uczyc najlepiej w klasie. Ciagle cos musi. Przez to wszystko nabawila sie problemow z jedzeniem, paniki przed lekcjami, pojawily sie problemy z sercem, czasem z nerwow i oslabienia krew jej poleciala z nosa… I tak sobie zyla, wegetowala wlasciwie, z dnia na dzien tracac sama siebie. Juz dawno zapomniala kim naprawde jest, powoli stajac sie tym, kogo chcieli widziec inni. Nigdy nie nauczyla sie zyc dla siebie. Zyla dla innych. Tylko to trzymalo ja na powierzchni.

Nasza ksiezniczka czula sie uwieziona w tym okrutnym swiecie. Nie chciala zyc, ale nie umiala sie zabic. Chciala uciec. Probowala ucieczki w swiat uzywek, przycpala pare razy, amfa, heroina, ale to nie bylo to. Nienawidzila siebie, gardzila soba, swoim cialem. Zaczela uciekac w swiat autoagresji. Wyrywala wlosy, wbijala szpilki pod paznokcie, przypalala sie, okaleczala. Zaczela sie puszczac, przynajmniej w tych krotkich momentach czujac sie atrakcyjna i potrzebna. To wszystko dawalo na jakis czas ukojenie. Widok wlasnej krwi, sciekajacej po nadgarstkach, byl taki kojacy… Tylko trzeba bylo to jakos ukryc, zeby w szkole nie zobaczyli. Bo przeciez przez ten caly czas udawala ze wszystko jest w porzadku. A wszyscy dookola udawali ze w to wierza.

Byla nawet u psychiatry. Dostala recepty na dwa leki – stabilizator nastroju do brania codziennie i lek uspokajajacy do brania, gdy jest chujowo (np. przed sprawdzianami). Na tym sie rola psychiatry skonczywszy.

Pewnego dnia ksiezniczka spotkala Jego. Nie byl taki jak inni, nie chcial jej wykorzystac. Mily, przystojny, dojrzalszy od innych. Nie interesowala go jej dupa i to czy polyka, wolal rozmawiac z nia o muzyce, o szkole, o niej. Mieli duzo wspolnych zainteresowan. Jego pasja tez byla muzyka. Dawal jej to bezpieczenstwo, ktorego tak bardzo jej brakowalo. Nie chcial jej przeleciec (powiedzial ze zrobia to w jej urodziny), a ona przy nim czula sie naprawde szczesliwa, duzo szczesliwsza niz w tych wszystkich przelotnych zwiazkach razem wzietych. Czula ze dadza razem rade ze wszystkim. Jej marzenia, dawno schowane gdzies w glebi duszy, odzyly. Zaopiekowal sie nia, chcial dla niej jak najlepiej, a ona czula sie jak w bajce. Bylo idealnie. Do czasu. Gdy dowiedziala sie po trzech latach, ze byla tylko zabawka, ze oprocz niej mial dwie inne, cos w niej peklo. Oddala wszystkim pozyczone od nich rzeczy, pogodzila sie z wrogami, napisala dlugi list, ktory i tak jej sie skasowal, po raz ostatni wlaczyla swoja ulubiona piosenke, najadla sie lekow na uspokojenie od psychiatry, popila piwem (normalnie by go nie tknela – kalorie), zamknela oczy i w koncu poczula sie spokojna. Jak nigdy do tej pory.

Pogotowie przyjechalo wezwane przez ojca, ktory w miedzyczasie wstal i zdazyl wytrzezwiec, i uratowalo nasza ksiezniczke. A raczej to co z niej zostalo.

Niedotleniony mozg obumarl. Dziewczyna ledwo chodzila, miala problemy z mowieniem. Gdy sie z nia rozmawialo, to pod koniec zdania nie pamietala juz jego poczatku. Zreszta malo kto z nia rozmawial, bo po „wypadku” przestala kontrolowac takze czynnosci fizjologiczne. Slinila sie i srala pod siebie. Wyrzucili ja z domu, wiec piekne, jesienne dni spedzala lezac we wlasnych rzygach na dworcowej lawce opuszczona juz przez wszystkich.

Pewnej zimowej nocy, kiedy znow ochrona wygonila ja na mroz, odeszla cicho, spokojnie, we snie, tak samo jak przezyla swoje zycie – cicho, spokojnie, placzac jedynie w sobie, w srodku.

Kto ja zabil? Wy ja zabiliscie. Wy wszyscy, ktorzy spotkaliscie ja kiedys w szkole i odwrociliscie wzrok. Udawaliscie ze nie widzicie, jak ona w srodku placze. Jak desperacko potrzebuje pomocy, zrozumienia. Niektorzy z was widzac, jaka jest slaba, smialiscie sie z niej i cieszyliscie te swoje tepe ryje, gdy udawala, ze nie widzi. Odwazni w grupie tchorze, zbyt slabi, zeby wyciagnac do niej reke, narazajac sie na wysmianie przez takich samych jak wy zalosnych frajerow. Sasiedzi wlaczajacy glosniej muzyke zeby nie slyszec krzykow. Albo nie wpierdalajacy sie, bo to w koncu nie wasza sprawa, przeciez na pewno ktos inny zadzwonil juz na paly. Wy wszyscy nosicie na swoich rekach jej krew.

Na szczescie to tylko bajka. Kompilacja wielu prawdziwych historii, ale bajka. Ksiezniczka zyje. Jeszcze nie przedawkowala lekow. Nadal czeka. Na was.

Ksiezniczka

Zlanoc.